sobota, 25 sierpnia 2012

Jak bezpiecznie być w chmurze

W nawiązaniu do poprzedniego wpisu - poradnik praktyczny, w jaki sposób mieć dane w chmurze a jednocześnie pozostać bezpiecznym. Założenia - mamy wiele komputerów (np w domu, w pracy, u starych) na każdym chcemy mieć pewien zbiór plików, np tych z którymi pracujemy. No to wiadomo dropbox. Ale np wiemy, że w pracy administrator ma dostęp do wszystkich komputerów. Stąd zaprzęgamy do roboty jeszcze truecrypta. Na każdym z komputerów tworzymy szyfrowany wolumen dropboxa (powiedzmy 10GB) w którym trzymać będziemy synchronizowane pliki. Na wolumenie dwa katalogi: Dropbox oraz DanePoczty (dałem po polsku bo niektórzy mogliby nie zrozumieć). Katalog drugi nie jest synchronizowany (po co, skoro poczta jest na IMAP). Uwaga, dwa założenia: 1. ufamy dropboxowi, jeśli ktoś trzyma rzeczy których się boi lub sądzi że goście z dropboxa czytają jego listy do lasek to musi postawić swój synchronizator (np na rsync) 2. poczta jest na imap - czyli ufamy dostawcy poczty. Jeśli ktoś nie ufa, bla bla, czytaj pkt pierwszy. System działa idealnie - czyli chroni nasze dane przed innymi userami, którzy mają dostęp do naszych sprzętów :)

Bezpieczeństwo poczty

Ostatnio expert od technologii informatycznych poseł Joński uznał, że skoro jego maile są gdzieś poza jego ipadem to on pierdoli i nie będzie używał. Bo wiadomo że maile to bezpieczne są tylko jak się je nosi w formie papierowej w walizce przytwierdzonej kajdankami do ręki. Bo jak to przecież wygląda w praktyce? Oczywiście, można mieć pocztę na POP3 i kasować ściągnięte maile. Ale ma to sens tylko gdy używamy jednego urządzenia. Ciekawe czy krajowy ekspert od bezpieczeństwa poczty elektronicznej poseł Joński rzeczywiście korzysta z poczty tylko na jednym urządzeniu? Czy też może ma w biurze zwyczajowego desktopa, na którym też obsługuje pocztę? (bo sorry nie wierzę, że odpowiada na wszystkie maile z ipada). Tak więc wiemy (naukowo: przyjmujemy z dużą dozą prawdopodobieństwa), że Pan Poseł korzysta z poczty na więcej niż jednym urządzeniu. Więc - ciekawe czy nie zderzyły mu się kulki w mózgu, że jak to jest że poczta jest i tu i tu - ta sama? Może myślał że jego PC-blaszak magicznie komunikuje się z ajpadem bezpośrednio? Ale dajmy mu jeszcze trochę czasu, może wykapuje. Dlaczego 'państwowe firmy' typu sejm nie potrafią sobie poradzić z tak prostym problemem, jakim jest bezpieczeństwo poczty? Ja już nie wymagam nawet żeby sejmowi 'informatycy' (zapewne po znajomości pracują więc nie muszą wiele wiedzieć) opracowali jakieś rozwiązanie. Nie potrafią po prostu zerżnąć tego od innych? Na to nie ma patentu. Podpowiem: sejmowy serwer poczty dostępny z intranetu. Do intranetu dostęp spoza cyrku (czyt. sejmu) tylko poprzez VPN. Ponadto - lokalnie szyfrowane pliki poczty (da się). Jakoś wszystkie korpo doskonale sobie z tym radzą:)

Kto by pomyślał

...że jeszcze tu coś skrobnę. Tak, odechciało mi się, a i wiele się pozmieniało. Fakt, kiedyś impulsywnie założyłem tego bloga by sobie pojeździć po korporacjach przez pryzmat mojej (wszakże wszystkie działają tak samo). Ale po jakimś czasie - pozmieniało się, a mianowicie - wywaliłem się z korpo :> Więc codzienne życie nie dostarcza mi już tej porcji tych pracowych absurdów. Niestety dla Was, naszło mnie sobie popisać i będę (chyba) to robić tutaj. Tak, mogłem założyć nowego bloga. Ale wiecie co? Nie chce mi się. Bo nie jest pewne czy będzie mi się chciało w miarę regularnie pisać. Więc jeśli mi się odechce - to oszczędzę czas na zakładniu bloga. Chyba muszę linki pozmieniać, bo niektóre z polecanych rzeczy to już nie istnieją :>

wtorek, 5 października 2010

Zweryfikuj idealnego siebie

Jestem idealnym pracownikiem: tak o sobie mysli praktycznie każdy (ciebie? ciebie nie przyjmą?). Ponieważ Ty także masz same tylko zalety, warto odpowiedzieć sobie na kilka pytań:

jestem ambitny - spoko, wszyscy są ambitni - no poza wyjątkami które każdy potrafi wskazać, ale to margines. Co możesz wymienić jako pozytywny efekt swojej ambicji, którą potencjalny pracodawca przyjmie za zaletę?

jestem inteligentny - to znaczy: Mensa, jakieś szczególne dokonania na tym polu, a przede wszystkim - odróżniające Cię od reszty szarego tłumu?

chcę się rozwijać - od pewnego czasu wszystkie teksty o "rozwoju" śmieszą mnie coraz bardziej. Co zrobiłeś w kierunku swojego rozwoju SAM, w wolnym czasie nie zmuszany przez pracodawcę oraz szkołę/uczelnię? Nie chodzi o drobiazgi typu "przeczytałem książkę o pehapie".

jestem kreatywny - podaj przykłady realnej kreatywności: czyli wcielone w życie pomysły które przyniosły realną korzyść firmie. Pamiętaj, że kreatywnością nie jest np. konstrukcja zgrabnej klasy w c++, a na przykład wymyślenie, zaimplementowanie (niekoniecznie własnoręcznie) i wdrożenie jakiegoś pomysłu/produktu itp., który później jest używany i przynosi realne korzyści (np finansowe).

mam zdolności interpersonalne - życie weryfikuje takie stwierdzenia bardzo szybko. Odpowiedz sobie, jak zareagujesz na sytuacje: agresywny klient krzyczący do słuchawki, szef gbur czy nawet lajtowe rzeczy takie jak drobne tarcia w zespole. Czy spłynie to po tobie, czy może jednak będziesz budować niewidzialną, ale wyczuwalną atmosferę niechęci?

mam zdolności komunikacyjne - czy potrafisz poradzić sobie z sytuacją, w której pięć razy zadajesz pytanie klientowi (odpowiedź jest ci niezbedna do projektu), a on pięć razy odpowiada pisząc epopeje na 2 strony i znajduje się tam wszystko poza konkretną odpowiedzią na twoje pytanie?

niedziela, 3 października 2010

Zawiodę was

Hello. Tak zawiodę Was i będę kontynuować bloga. A co robiłem w ostatnim czasie? Otóż zajmowałem się przechodzeniem 70. levelu gry Frozen Bubble :) Ponieważ level jest nietrywialny, to jako osobna notka pojawi się solucja jak przejść ten o wiele trudniejszy niż pozostałe, etap doskonałej już długo gry.
Przez ostatni czas otrzymałem wiele wyrazów, w tym jeden szacunku ;) Od internetowych keyboard-warriorów będących jednocześnie biegłymi psychologami-amatorami dowiedziałem się że jestem:
- idiotą
- szczurem korporacyjnym
- debilem
- sfrustrowanym człowieczkiem
- ...and many more.

Za wszystkie powyższe komplementy dziękuję i postanawiam się nie poprawić. Blog będzie istniał dalej, nie róbcie sobie nadziei ;)

niedziela, 17 maja 2009

Jak dobrze być facetem

Nie, nie będzie o mobbingu:) Chyba że przez to rozumiemy wzajemną nienawiść kobiet do siebie. Czem to jest tak, że kiedykolwiek słyszę o kłótniach w pracy, prawie zawsze jest to siara pomiędzy dwoma kobietami? Kiedyś pisałem, że podziwiam HR za taki dobór pracowników, że nie ma u nas konfliktów. Jednak od pewnego czasu obserwuję postępujący problem pomiędzy dwoma babkami. Może konflikt wynika z tego, że jest to jedyny team w którym występują dwie kobiety (ogólnie lasek u nas jest mało). Wygląda to standardowo: bez krzyków i wydłubywania oczu, ale słowa i spojrzenia mówią wszystko. Widać że dwie babki najchętniej by się pozabijały. Mało by mnie to obchodziło, gdyby nie siedziały niedaleko ode mnie. Śmiało można postawić teorię, że jak zejdą się dwie laski to prędzej czy później każda z nich stwierdzi "ona jest pojebana" czy coś.
Q: dlaczego kobiety całują się na powitanie?
A: bo nie wypada im się pogryźć.

Nam to ryba

Tak sobie czytam ostatnio pl.praca.oferowana i oto co widzę:

Firma programistyczna Sirantis poszukuje do pracy w biurze we Wroclawiu
(lub pracy zdalnej) programisty z znajomością języka niemieckiego.

czyli albo u nas albo gdzieś indziej... nam to ryba

Do głównych zadań osoby zatrudnionej będzie należało uczestniczenie we wszystkich etapach cyklu rozwoju oprogramowania branżowego dla banków.
ale fajowsko

Oczekiwania w stosunku do kandydata:
- wykształcenie wyższe informatyczne lub pokrewne

czyli albo IT albo coś innego, nam to ryba

- bardzo dobra umiejętność programowania (język nieistotny)

czyli brainfuck może być :) albo C++, albo jakiś prehistoryczny, nam to ryba

- mile widziane (ale niekonieczne) wcześniejsze doświadczenie w programowaniu branżowych aplikacji dla banków

z doświadczeniem lub nie, nam to ryba

- mile widziana (ale niekonieczna) znajomość języka COBOL
umie cobola lub nie, nam to ryba

Spełnić wymagania - jest łatwo:) Ciekawe czy w stosunku do kandydata jest: "wypłacanie wynagrodzenia - mile widziane" ;) (ale nam to ryba)

niedziela, 10 maja 2009

Radio w pracy

Co za szczęście, że w open space obowiązuje zakaz puszczania muzyki/radia publicznie (ogólnie wszelki spokój jest wskazany). Ja słucham radia TOK FM przez net - oczywiście na słuchawkach. O ile jeszcze niedawno radio to potrafiło mnie wciągnąć na cały dzień praktycznie, to teraz jest gorzej. Codziennie rano cykliczny program EKG o gospodarce - tego typu tematy mnie interesują, więc z chęcią słucham - prowadzący jest bardzo dobry. Jednak potem zaczynają się słabizny. Anna Laszuk:

- czasem audycję ma ciekawą, ale jednak schodzi na psy (audycja 'komentarze radia TOK FM'). W jeden dzień o jej porze jest szefowa E. Wanat:

, którą cenię za dobre audycje. Niestety potem jest już gorzej - 'jeszcze więcej sportu', czyli audycja o tym czy w III lidze skoków przez konia lepszy jest Sosnowiec czy Tarnów. I te wywiady ze sportowcami z pytaniami 'czy cieszysz się że zdobyłeś medal'. No kiedy w końcu któryś powie 'nie kurwa, nie cieszę się!'. Nuda, jak można się interesować sportem, nigdy tego nie zrozumiem. Następnie jest 'blog fm' - program humanistyczny aż do bólu, ogólnie jednostajne ględzenie na mało konkretne tematy. Jeszcze niedawno było to tylko kilka razy w tygodniu, a chyba 2 razy w to miejsce było PIWO ('Program Informacyjny Wesoły Opiniotwórczy') prowadzony przez M. Lizuta:

, który śmiało można było uznać za najlepszy program tej stacji. Zapraszał fajnych gości (typu Olaf Deriglassof) - ogólnie pełny luz. No ale poszedł na dyra do Roxy FM więc PIWA już nie będzie, przynajmniej teraz nie ma. Dopiero o 15:45 program gospodarczy. Mało konkretów, niestety - coraz mniej.

sobota, 28 marca 2009

Co mnie wpienia

Temat rzeka, jako że ostatnio wymienialiśmy z kolegami swoje bolączki, więc podzielę się tutaj swoimi (dotyczą pracy):

- rżenie w biurze. Pisałem już o tym, mam wrażenie że niektórzy rżeją bo robią to także inni. A kto głośniej tym lepszy. A im grubsza baba - tym głośniejsza.

- ograniczenie ilości danych w "moje dokumenty". Ktoś wymyślił, że luserom trzeba limitować, by za dużo tam nie trzymali. Jeśli trzymasz zbyt dużo - nie można się wylogować. Więc lud niepokorny wyłącza laptopy na siłę (5 sekund power-off), jednak jest lepszy sposób - zakillowanie jednego procesu, który to monitoruje. Tak więc - jak zwykle działa to tylko na lamerię.

- tłok w kuchni. Wiadomo że jak jest jedna kuchnia 4m2 na 40 osób to nie dziwne że zagęszczenie może być duże, jednak spora część upatrzyła sobie to miejsce na "live-chaty". Ich wyprawa po kawę/herbatę to czasem i pół godziny, przez które ciężko jest się obsłużyć bo w kuchni tłoczniej niż w tramwaju rano. No i rżenie. (UPDATE: ci siedzący najbliżej już się wkurwili na kuchenne bydło)

- spotkania o niczym. Denerwuje mnie, że muszę chodzić na spotkania o rzeczach, które zwykłego człowieka nic nie obchodzą - jakieś wskaźniki tego i owego, zupełnie nieprzydatne.

- blokowanie internetu - jest tak oberżnięty, że z większości stron nie da się korzystać (pomijając to, że porty inne niż http(s) są całkowicie niedostępne).

- brak miejsca na parkingu. Czy ci ludzie nie mogliby używać komunikacji miejskiej? ;) Rozumiem jak ktoś dojeżdża spoza miasta lub z jego drugiego końca, ale sa tu typy którzy mają 2km do pracy i przyjeżdzają autami (bezdzietni kawalerowie, uprzedzając komentarze). To im się chce rano odśnieżac dłużej niż jechać? To jest typ mojej sąsiadki, która przy pełnym zdrowiu wjeżdża na parter windą - nigdy nie zrozumiem, pewnie później wieczór leżenia przed TV, fałdy rosną.

- niezdecydowane bydło w restauracji. Jak juz przychodzi żreć jeden z drugim, to wziąłby tacę, zamówił danie i poszedł zapłacić, GOTO END. Ale to zbyt trudne, najpierw trzeba się pokręcić, odbyć rozmowę z kucharzem (tzn zadać debilne z założenia pytanie: "czy to danie jest świeże?" Kucharz powinien odpowiedzieć kiedyś "nie kurwa, przeterminowane", narazie jednak jest cierpliwy i udziela jedynej słusznej odpowiedzi)

- zaglądający mi na monitory - co kogo obchodzi (poza bossem) co ja mam na ekranie?

- grzanie zimnej wody w czajniku. Skoro i tak nie grzejemy kranówy, tylko taką z dużej butli z dwoma kranikami ciepła/zimna, to po cholere podgrzewać zimną skoro można od razu ciepłą? Przychodzę sobie po herbatę a tu taki mistrz wlewa cały 2l czajnik zimnej wody - jak nic 5 minut grzania, bo woda w niebieskim kraniku jest przecież chłodzona.


- jak w kółko od fotela obrotowego wkręca mi się pasek leżącej obok torby

niedziela, 8 marca 2009

Domowe nawyki

Niestety - open space zmusza do współmieszkania z wielu innymi, którzy niestety zapomnieli, że biuro to nie dom u mamy i że:
- komórka - zarówno służbowa i prywatna - służy do noszenia przy sobie, nie do zostawiania na biurku! Jak już zostawiasz, cieciu, to ją wyłącz lub ścisz dzwonek. Co chwilę muszę wyciszać dzwoniące nieopodal komórki, bo właściciel poszedł na obiad a komóra sobie dzwoni. I to nie jakiś cichy dzwonek, ale ile fabryka dała! Do tego jego baba (lub klient) uparta, i dzwoni 2 minuty, jakby to tępe nie rozumiało, że jak ktoś nie odbiera 15 sekund - to nie odbiera i już.
- biuro to nie łazienka - na szczęście jest to rzadkie, ale są tu takie lale które na półkach/biurkach trzymają arsenał: kosmetyków, herbat, ciastek itp.
- wśród ludzi zachowujemy się kulturalnie - czyli chociażby - przez telefon rozmawiamy NIE KRZYCZĄC!!!
- komóry raz jeszcze: czy to takie trudne, by ustawić sobie nieinwazyjne dźwięki? A nie full głośno stare, burackie i nie śmieszne 'to sem ja, twoj telefon!' - jakby wszyscy nie słyszeli tego 5 lat temu i wtedy też było nieśmieszne. Albo hiciory polskich 'gfiazd' muzycznych. To samo dotyczy telefonów stacjonarnych.
- warto mieć porządek - spoko w chacie możesz mieć syf i kiłę, ale jeśli siedzisz obok mnie - to nie stawiaj kosza na śmieci, krzesła i innych rzeczy w przejściu, którym ludzie chodzą.
- kubki się myje, eksperymenty na brud i pleśń przeprowadzaj u siebie w domu
- jak przychodzisz do kolegi pogadać, to spoglądając na jego monitor nie wypinaj dupy by znajdowała się bliżej niż 0,5 m od mojej głowy. Nie wiem jak mama wychowywała, ale na biurkach się nie siada, więc jak odwiedzasz kolegę to przystaw sobie krzesełko albo stój.
- jeśli w kiblu się świeci i na zamku jest napis 'zamknięte' to oznacza, że drzwi są zamknięte i ich szarpanie ich nie otworzy. Czy chodziłeś do klasy z tymi co przy windzie wciskają przycisk przywołania kilkanaście razy?

sobota, 28 lutego 2009

netto

Pan Autor bloga netto Marcin Jagodziński postanowił zmienić profesję na gotowanie, więc niniejszym usuwam link do netto z blogów polecanych. Jeśli ktoś chce dowodu, że informatyk może umieć gotować - polecam kulinarny blog Marcina: http://moznagosciom.wordpress.com Hurtowo dorzucam jeszcze blog o wszystkim czyli http://brutto.tumblr.com. Enjoy.

Stabilność aplikacji

Goście siedzący obok mnie zajmują się utrzymaniem sporej aplikacji napisanej dawno temu. Jakość tego systemu po prostu mnie zadziwia (no ale czego można było się spodziewać po włochach, chyba nie tego że napiszą jakiś porządny soft). Jest więc sobie wesoły team 4 osób, użerających się z tym spaghetti-like systemem. Codziennie jedna osoba musi być od 7 rano, reszta przychodzi trochę później. Osoby przychodzące później codziennie zadają pytanie tym wcześniejszym: "i co, ile się dziś wywaliło?". Podkreślam - nie "czy się coś wywaliło", tylko _ile_. Z tego co z nimi rozmawiam, to system sypie się koncertowo. I nie ma żadnego zespołu, który zajmowałby się poprawianiem błędów i/lub ogólnie programowaniem. Nasz wspaniały team codziennie odkręca coraz to nowe błędy, bo każdy wysyp powoduje zamęt w danych. Było kilka dni (w skali lat) kiedy nic się nie wysypało, normalnie było wtedy święto lasu. To tak się pisze te duże i drogie aplikacje? :) Do pizzy i spaghetti marsz!

piątek, 20 lutego 2009

Jak teamy nabywają nieśmiertelność

W życiu każdej firmy zdarza się, że powstaje potrzeba wykonania pewnego projektu na potrzeby wewnętrzne. Jako przykład weźmy rzeczywistą sytuację - projekt "migracja novella do activedirectory". Nowopowstały team wyznaczony do tego zadania zostaje skompletowany w większości z aktualnie pracujących ludzi ("ty zenuś robiłeś w activedirectory więc będziesz tu teraz architektem nowego rozwiązania"). W większości przypadków ludzie idący do nowego teamu robią to z własnej woli - by wyrwać się z obecnego zespołu, by zmienić coś na lepsze, by uzyskać "awans" itp. No i mamy taki wesoły team, który robi _pożyteczny_ projekt i wszystko jest cacy. Koniec projektu, sukces, "celebration", life is good. Ale co dalej? Team wykonał projekt... rozwiązać team? Hm dla niektórych oznaczałoby to degradację, dla innych powrót do roboty z której właśnie chcieli się wyrwać. Tym bardziej, że prawdopodobnie na ich miejscu już ktoś jest. Podczas tajnego spotkania teamu pada więc propozycja: "wymyślmy nowy projekt i przekonajmy bossów, że to będzie korzystne dla firmy". Team wymyśla więc na szybko _cokolwiek_ - pada na "projekt zmniejszenia potrzebnej przestrzeni dyskowej". Mniej więcej - poprzez gimnastyczne kopiowanie, kompresowanie, przerzucanie itd - uzyskamy 10% oszczędność miejsca na serwerach. Nic to, że takie rozwiązanie jest dostępne out-of-box w już działającym systemie. Jeśli ktoś o to zapyta, powiemy że nasze rozwiązanie jest lepiej dopasowane do potrzeb naszej firmy. Nadchodzi dzień rozmowy z Bossami. Bossowie nawet jeśli kiedyś byli techniczni, teraz są już całkowicie nie na czasie. Potrzegają świat z perspektywy excela. Team entuzjastycznie prezentuje swój pomysł Bossom. 10% mniejsze zapotrzebowanie, to mniejsze koszty... czyż nie? Otumanieni Bossowie zgadzają się. Team projektuje i wdraża nikomu niepotrzebne rozwiązanie o znikomej użyteczności, pomiając koszty projektu (ale to mówi się Bossom, że jeśli nasze rozwiązanie się sprawdzi, będziemy mogli je wdrażać w innych lokacjach). Tym sposobem team ma co robić, aż do końca projektu. Wtedy musi powstać kolejny pomysł, GOTO 10. Jaka jest puenta tej opowiastki? Oto: teamy powołane do jednego zadania stają się nieśmiertelne (IDDQD) poprzez wymyślanie dla siebie nowych projektów o znikomej użyteczności. Każdy kolejny projekt charakteryzuje się niższą użytecznością a większą absurdalnością. Nie, nie jestem w takim teamie ale na codzień muszę zmagać się z efektami pracy wymienionych powyżej, bo im bardziej absurdalny projekt, tym bardziej utrudnia życie end-userom.

sobota, 31 stycznia 2009

pbcs.dll CMS

pbcs.dll

Od czasu do czasu trafiam na serwisy które stoją na dziwnym produkcie, który oprócz braku mod_rewrite oferuje bibliotekę dll w adresie. Na przykład: http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090126/REG00/838947622

Czy można mieć gorszy adres? Zanalizujmy:

1. pbcs.dll - po co to w adresie? Czy twórcy tego CMS-a nie potrafili sobie poradzić z usunięciem tego elementu?

2. identyfikator artykułu - oczwiście łatwy dla każdego internauty do wpisania lub skojarzenia z danym tytułem 9-cyfrowy numer!

3. data (dodania?) - a po co to w adresie? Żeby to jeszcze działało tak jak w Ruby on Rails - czyli obcinamy adres do daty (tutaj byłoby to: http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090126) i dostajemy wszystkie artykuły z danego dnia. Ba! W RoR można nawet uciąć do danego miesiąca/roku! Ale oczywiście w omawianym badziewiu obcięcie do daty skutkuje błędem :D

4. REG00 - podejrzewam że to identyfikator podkategorii, oczywiiście całkowicie zbędny element i bardzo bez sensu umiejscowiony, bo w środku.

Jak dla mnie producent tego CMS-a mógłby sobie go wyposażyć w zapisywanie adresu binarnie, ale ciekawi mnie w jaki sposób została podjęta decyzja o kupnie takiej kupy dla potrzeb serwisu informacyjnego? Może fachowiec w osobie gimnazjalisty-syna kolegi prezesa? Może ten CMS jest super dobry, no nie wiem - ale sądząc po konstrukcji adresu spodziewam się mega bałaganu w środku. Mam nieodparte wrażenie, że ten CMS spotykam w samych zadupiastych serwisach o niczym, więc może przynajmniej jest tani.

A myślałem że .NETowe aplikacje to szczyt badziewia, 90% z nieśmiertelnym Default.aspx w adresie.

piątek, 9 stycznia 2009

notesake.com - RIP?

Historia lubi się powtarzać. Nie działa (od świąt conajmniej) kolejny serwis z notatkami online, z którego zdecydowałem się korzystać. FCUK! Jak tak dalej pójdzie, ten blog padnie także. Wyjaśniam dlaczego: notki do niniejszego bloga piszę w godzinach pracy (o pracy najlepiej pisze się w pracy;) ). Dla oburzonych (chociaż nie wierzę by tutaj tacy byli) wyjaśnienie: tak, mogę w pracy legalnie marnować czas na internet. Chyba pisałem kiedyś już o tym, ale tryb rozliczania zadań rozlicza wykonaną pracę, a nie czas jej poświęcony. Prawie codziennie mój boss przychodzi do mnie, podczas gdy ja zajmuję się czytaniem chociażby newsów i wszystko jest OK. Ale kontynuujmy. Notki powstają w pracy, zapisywane w online'owym notatniku (jestem zbyt leniwy by wrzucać to na pendrive). Na pytanie "a czemu nie od razu na blogu?" odpowiadam: ponieważ domena blogspot.com (jak i 90% serwisów blogowych) jest z firmowej sieci zablokowana i wejść się nie da. W chacie, gdy notka jest kompletna i mam czas - to wrzucam tutaj. Nieregularnie (to nie blog "wstałem rano, wiatr wiał a śnieg padał"), czasu najczęściej nie mam - więc często czeka w notatkach kilka lub więcej nawet wpisów. I po raz drugi taki zestawik szlag trafił! Notesake narazie nie komunikuje niczego podobnego do dappad.com ("service terminated"), ale długość downtime'u zaczyna być niepokojąca.
Jakby ktoś chciał zbankrutować jakiś serwis z notatkami online - to niech wyśle mi adres. Założę konto, dodam parę notatek i powinno pójść jak z płatka ;)

czwartek, 16 października 2008

dappad.com - RIP

Mój ulubiony online-owy notatnik zginął w wypadku. Tak podejrzewam, ponieważ po prostu pewnego dnia nie zadziałał (się zaterminował). Ja rozumiem, że business jest business, ale może warto byłoby powiadomić o tym użytkowników? Nie wykluczam, że jakies info poszło na maila, ale kto podaje przy logowaniu niespamowy adres? W każdym razie, w cyberprzestrzeni znalazło się trochę moich danych, na szczęście niezbyt ważnych. Pamiętajcie - jak odchodzić - to z klasą!

poniedziałek, 9 czerwca 2008

Kreatywność stanowiska

Oczywiście każdy kandydat do pracy jest MEGA kreatywny, MEGA dynamiczny oraz chcący się rozwijać ;) Jak to jest później okazuje się w tzw. praniu. Jednak, nie wszystkie stanowiska wymagają tego typu cech. Przykład - stanowisko supportowe. Ja akurat nie wyobrażam sobie rutynowej i niekreatywnej pracy, ale pracują ze mną supportowcy - dzięki temu wiem czego na pewno w życiu robić nie chcę. Support aplikacji jest to zajęcie typu odebrać telefon, wpisać do naszego wewnętrznego systemiku problem w formie taska, następnie problem rozwiązać. 90% problemów powtarza się cały czas. Zła kwota na raporcie, zły wydruk, zła nazwa kontrahenta. Prawie wszystkie błędy mają swoje źródło pomiędzy krzesłem a klawiaturą użytkownika aplikacji. No i tak supportowiec loguje się do aplikacji, ręcznie w bazie danych poprawia i jest okejowo. Brzmi nieźle? Jak cały dzień siedzę i słyszę: "Marcin weź obsłuż tego taska dla Hiszpanii", "Jacek wpisz do dżej-bi-esa nową kwotę", "Jarek raport się na szwajcarii w kej-ejcz-si nie drukuje" oraz różne tłumaczenia przez telefon żeby goster włożył papier do drukarki to zacznie się drukować - to cieszę się że nie muszę takich rzeczy w pracy robić.

sobota, 7 czerwca 2008

Nie mogę istnieć bez narzekania (3)

Oto ciąg dalszy:
- wysyłają na szkolenia, fakt trzeba czasem się postarać żeby to załatwić - ale ogólnie nie ma problemu, jeśli szkolenie nie kosztuje majątku.
- luźne piątkowe popołudnia - tradycja każe, że w każdy piątek ok 14-15 wszyscy idą do stołów i tam siedzi się godzinę i gada o nie-pracy. Wcześniej następuje zrzuta na ciastka, chipsy i colę. Menażeria nic do tego nie ma, nawet sami przychodzą posiedzieć. Nie trzeba chyba mówić, że gdy rozpocznie się taki spęd to potem do końca dnia już nikt nie pracuje :)
- o rzeczach typu darmowa kawa (zawsze czekająca w ekspresie, zaparzona przez obsługę biurowca), herbata, napoje + wyposażona kuchnia - chyba nie ma co wspominać.
- popieranie kobiet w ciąży - nie ma problemu iść na macierzyński (czy tacierzyński, w przypadku faceta) - i jak gdyby nigdy nic powrócić po n miesiącach do pracy na swoim stanowisku.
- dużo miejsca w biurze - mam biurko na którym 2 osoby mogłyby się przespać... mam bardzo dużo miejsca, co niestety sprzyja powstawaniu nieładu na biurku ;) ale panuję nad tym. Do tego wygodny fotel oraz szafki na klucz. W budynku klimatyzacja (ale to chyba standard)
- parking strzeżony przez firmę ochroniarską, w tym część na rowery.
- dbałość o środowisko - niektórych może denerwować segregacja śmieci, ale ja popieram. Co kilka biurek jest komplet trzech koszy na śmieci - papier, plastik oraz organiczne. Pojemniki na puszki metalowe oraz na szkło - jeden na piętro.
- rekrutacje wewnętrzne. Tak - aby zmienić dział / technologię w której się pracuje trzeba się zwolnić i zatrudnić ponownie :) Ale jest to możliwe, wszystkie ogłoszenia o pracę umieszczane w mediach najpierw pojawiają się w intranecie. Ja sam bym już prawie wykonał numer z wypowiedzeniem i zatrudnieniem ponownie (/cycle), ale jednak zrezygnowałem (przy podpisywaniu nowej umowy, he he he). Mój szef do dziś o tym nie wie, jako że obowiązuje tajemnica rekrutacji wewnętrznej.
- urlopy - jeśli chce się urlop, nawet z dnia na dzień - nie ma problemu. O ile nie wypada to w terminie jakiegoś deadline, co zdarza się baaardzo rzadko.
- swoboda wyrażania opinii o wszelkich sprawach dotyczących firmy. Przy pomocy specjalnego systemiku ;) można wysłać żale/kwestie, na które zarząd ma obowiązek odpowiedzieć (odpowiadają hurtem raz na 3 miesiące)
To wszystko dla mojego stanowiska, meneżment dostaje jeszcze samochody i pewnie inne bajery o których ja nie wiem :)

czwartek, 5 czerwca 2008

Nie mogę istnieć bez narzekania (2)

Jak dobrze być znowu podłączonym do respiratora! (internetu) :) Dłuższy urlop pokazał, że jednak istnieje jakieś życie poza internetem. No to jadę dalej z zajebistościami mojej firmy:
- brak terroru internetowego. Tak, sporo stron www jest zablokowanych, ale można surfować po sieci bez krycia się. Często jest tak, że czytam jakieś newsy, przychodzi mój szef i widzi że nie pracuję tylko czytam sobie coś tam. Nikt nie ma o to pretensji, jako że liczy się wykonana praca.
- wynagrodzenie zawsze w terminie. Nigdy nie zdarzyło się by było później niż wyznaczony dzień miesiąca.
- obligatoryjne podwyżki raz w roku. Podwyżki są dla wszystkich, fakt że uznaniowo ale można potrenować negocjacje... W każdym razie obowiązkowo każdy dostaje wyrównanie inflacyjne, ale ja zawsze wynegocjowałem dwucyfrowy procent podwyżki. Aha, obligatoryjnie - to znaczy, że nie da się nie dostać podwyżki inflacyjnej :)
- bonus roczny - w wysokości jednej miesięcznej pensji. W państwowej firmie nazywałoby się to "trzynastką", ale u mnie ma być swiatowo więc jest to "annual bonus" :)
- darmowe kursy językowe. Jak ktoś chce to może za darmo chodzić, jedyne wymogi to frekwencja >70% oraz zdanie cyklicznych egzaminów. Szkoły organizują takie egzaminy 2 razy w roku, by weryfikować postępy. Nie da się chodzić i nie uczyć się.
- wyższe diety niż ustawa przewiduje. W przypadku podróży służbowych prawo pracy gwarantuje dzienną dietę w wysokości x. Moja firma najczęściej daje x+y.
- bonusy dodatkowe: darmowa przychodnia zdrowia (jest też kilku specjalistów). Obiekty sportowe: sala do kosza, boiska do siatki, piłki nożnej, korty tenisowe - to wszystko za darmo, tylko trzeba do arkusza excelowego się wpisać, co oznacza rezerwację danego obiektu.
- wyjazdy i imprezy integracyjne - w każdym roku co najmniej raz. Nawet piwo fundują ;)
- raz na kilka miesięcy wieczór w knajpie dla teamu na koszt firmy (tylko piwo)

niedziela, 18 maja 2008

Nie mogę istnieć bez narzekania (1)

Czytając tego bloga można odnieść wrażenie, że jestem jak stara narzekająca na wszystko baba:) Jako że głównie notki traktują wadach, chciałbym przedstawić plusy pracy w mojej firmie.
- przestrzeganie prawa pracy - wszystko co do każdego paragrafu. Nigdy nie widziałem żeby ktoś próbował złamać kodeks pracy, co więcej - mam wrażenie że kierownictwo ma fioła na punkcie jego przestrzegania
- brak nadgodzin - a wręcz zakaz pracy w nadgodzinach. Oczywiście można sobie zostać po pracy w biurze, ale nikt za to nie zapłaci (tzn nie uzna tego czasu jako nadgodziny). Jeśli wychodzi tak, że nadgodziny są konieczne - potrzebna jest zgoda szefa. Wyrobione nadgodziny są wypłacane lub odbiera się jako dzień wolny, gdy uzbiera się 8.
- luźne godziny pracy - przychodzę na którą chcę i wychodzę o której chcę, z reguły nic nie muszę nikomu mówić. Jedyny wymóg, to by pomiędzy 12 a 14 być w biurze, bo wtedy są spotkania.
- dobre osprzętowanie - nowe laptopy + inne wyposażenie, regularnie wymieniane. Nie ma problemów jeśli ktoś chce dostać jakiś dodatkowy sprzęt komputerowy, o ile jego cena nie jest przerażająca
- brak konfliktów i siary w pracy. Tu brawa dla HR, bo potrafią odsiać chamów, jednostki aspołeczne i nieprzyjemne. Wszyscy moi współpracownicy to profesjonaliści z którymi da się pogadać o wszystkim, pójść na piwo (co dzieje się co jakiś czas). Nigdy nie widziałem żeby ktoś z kimś się kłócił, albo jeden na drugiego krzyczał. Tak samo nie ma olewaczy obowiązków służbowych. Wszyscy mówią sobie po imieniu, włącznie z najwyższym szefostwem - nie ma od tej zasady wyjątków.
- ogólne wyluzowanie ludzi, także meneżmentu. Na głównej tablicy ogłoszeń, obok bardzo ważnych obwieszczeń wisi dilbert ;)
CDN