Temat rzeka, jako że ostatnio wymienialiśmy z kolegami swoje bolączki, więc podzielę się tutaj swoimi (dotyczą pracy):
- rżenie w biurze. Pisałem już o tym, mam wrażenie że niektórzy rżeją bo robią to także inni. A kto głośniej tym lepszy. A im grubsza baba - tym głośniejsza.
- ograniczenie ilości danych w "moje dokumenty". Ktoś wymyślił, że luserom trzeba limitować, by za dużo tam nie trzymali. Jeśli trzymasz zbyt dużo - nie można się wylogować. Więc lud niepokorny wyłącza laptopy na siłę (5 sekund power-off), jednak jest lepszy sposób - zakillowanie jednego procesu, który to monitoruje. Tak więc - jak zwykle działa to tylko na lamerię.
- tłok w kuchni. Wiadomo że jak jest jedna kuchnia 4m2 na 40 osób to nie dziwne że zagęszczenie może być duże, jednak spora część upatrzyła sobie to miejsce na "live-chaty". Ich wyprawa po kawę/herbatę to czasem i pół godziny, przez które ciężko jest się obsłużyć bo w kuchni tłoczniej niż w tramwaju rano. No i rżenie. (UPDATE: ci siedzący najbliżej już się wkurwili na kuchenne bydło)
- spotkania o niczym. Denerwuje mnie, że muszę chodzić na spotkania o rzeczach, które zwykłego człowieka nic nie obchodzą - jakieś wskaźniki tego i owego, zupełnie nieprzydatne.
- blokowanie internetu - jest tak oberżnięty, że z większości stron nie da się korzystać (pomijając to, że porty inne niż http(s) są całkowicie niedostępne).
- brak miejsca na parkingu. Czy ci ludzie nie mogliby używać komunikacji miejskiej? ;) Rozumiem jak ktoś dojeżdża spoza miasta lub z jego drugiego końca, ale sa tu typy którzy mają 2km do pracy i przyjeżdzają autami (bezdzietni kawalerowie, uprzedzając komentarze). To im się chce rano odśnieżac dłużej niż jechać? To jest typ mojej sąsiadki, która przy pełnym zdrowiu wjeżdża na parter windą - nigdy nie zrozumiem, pewnie później wieczór leżenia przed TV, fałdy rosną.
- niezdecydowane bydło w restauracji. Jak juz przychodzi żreć jeden z drugim, to wziąłby tacę, zamówił danie i poszedł zapłacić, GOTO END. Ale to zbyt trudne, najpierw trzeba się pokręcić, odbyć rozmowę z kucharzem (tzn zadać debilne z założenia pytanie: "czy to danie jest świeże?" Kucharz powinien odpowiedzieć kiedyś "nie kurwa, przeterminowane", narazie jednak jest cierpliwy i udziela jedynej słusznej odpowiedzi)
- zaglądający mi na monitory - co kogo obchodzi (poza bossem) co ja mam na ekranie?
- grzanie zimnej wody w czajniku. Skoro i tak nie grzejemy kranówy, tylko taką z dużej butli z dwoma kranikami ciepła/zimna, to po cholere podgrzewać zimną skoro można od razu ciepłą? Przychodzę sobie po herbatę a tu taki mistrz wlewa cały 2l czajnik zimnej wody - jak nic 5 minut grzania, bo woda w niebieskim kraniku jest przecież chłodzona.
- jak w kółko od fotela obrotowego wkręca mi się pasek leżącej obok torby
sobota, 28 marca 2009
Co mnie wpienia
Autor:
resource
o
15:11
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
1 komentarz:
dzisiejszy Dilbert jakby w temacie: http://dilbert.com/strips/comic/2009-03-31/
Prześlij komentarz