Niestety - open space zmusza do współmieszkania z wielu innymi, którzy niestety zapomnieli, że biuro to nie dom u mamy i że:
- komórka - zarówno służbowa i prywatna - służy do noszenia przy sobie, nie do zostawiania na biurku! Jak już zostawiasz, cieciu, to ją wyłącz lub ścisz dzwonek. Co chwilę muszę wyciszać dzwoniące nieopodal komórki, bo właściciel poszedł na obiad a komóra sobie dzwoni. I to nie jakiś cichy dzwonek, ale ile fabryka dała! Do tego jego baba (lub klient) uparta, i dzwoni 2 minuty, jakby to tępe nie rozumiało, że jak ktoś nie odbiera 15 sekund - to nie odbiera i już.
- biuro to nie łazienka - na szczęście jest to rzadkie, ale są tu takie lale które na półkach/biurkach trzymają arsenał: kosmetyków, herbat, ciastek itp.
- wśród ludzi zachowujemy się kulturalnie - czyli chociażby - przez telefon rozmawiamy NIE KRZYCZĄC!!!
- komóry raz jeszcze: czy to takie trudne, by ustawić sobie nieinwazyjne dźwięki? A nie full głośno stare, burackie i nie śmieszne 'to sem ja, twoj telefon!' - jakby wszyscy nie słyszeli tego 5 lat temu i wtedy też było nieśmieszne. Albo hiciory polskich 'gfiazd' muzycznych. To samo dotyczy telefonów stacjonarnych.
- warto mieć porządek - spoko w chacie możesz mieć syf i kiłę, ale jeśli siedzisz obok mnie - to nie stawiaj kosza na śmieci, krzesła i innych rzeczy w przejściu, którym ludzie chodzą.
- kubki się myje, eksperymenty na brud i pleśń przeprowadzaj u siebie w domu
- jak przychodzisz do kolegi pogadać, to spoglądając na jego monitor nie wypinaj dupy by znajdowała się bliżej niż 0,5 m od mojej głowy. Nie wiem jak mama wychowywała, ale na biurkach się nie siada, więc jak odwiedzasz kolegę to przystaw sobie krzesełko albo stój.
- jeśli w kiblu się świeci i na zamku jest napis 'zamknięte' to oznacza, że drzwi są zamknięte i ich szarpanie ich nie otworzy. Czy chodziłeś do klasy z tymi co przy windzie wciskają przycisk przywołania kilkanaście razy?
niedziela, 8 marca 2009
Domowe nawyki
Autor:
resource
o
14:17
0
komentarze
Etykiety: workplace
sobota, 28 lutego 2009
netto
Pan Autor bloga netto Marcin Jagodziński postanowił zmienić profesję na gotowanie, więc niniejszym usuwam link do netto z blogów polecanych. Jeśli ktoś chce dowodu, że informatyk może umieć gotować - polecam kulinarny blog Marcina: http://moznagosciom.wordpress.com Hurtowo dorzucam jeszcze blog o wszystkim czyli http://brutto.tumblr.com. Enjoy.
Autor:
resource
o
00:50
0
komentarze
Etykiety: internet
Stabilność aplikacji
Goście siedzący obok mnie zajmują się utrzymaniem sporej aplikacji napisanej dawno temu. Jakość tego systemu po prostu mnie zadziwia (no ale czego można było się spodziewać po włochach, chyba nie tego że napiszą jakiś porządny soft). Jest więc sobie wesoły team 4 osób, użerających się z tym spaghetti-like systemem. Codziennie jedna osoba musi być od 7 rano, reszta przychodzi trochę później. Osoby przychodzące później codziennie zadają pytanie tym wcześniejszym: "i co, ile się dziś wywaliło?". Podkreślam - nie "czy się coś wywaliło", tylko _ile_. Z tego co z nimi rozmawiam, to system sypie się koncertowo. I nie ma żadnego zespołu, który zajmowałby się poprawianiem błędów i/lub ogólnie programowaniem. Nasz wspaniały team codziennie odkręca coraz to nowe błędy, bo każdy wysyp powoduje zamęt w danych. Było kilka dni (w skali lat) kiedy nic się nie wysypało, normalnie było wtedy święto lasu. To tak się pisze te duże i drogie aplikacje? :) Do pizzy i spaghetti marsz!
Autor:
resource
o
00:45
0
komentarze
Etykiety: software, technically skilled
piątek, 20 lutego 2009
Jak teamy nabywają nieśmiertelność
W życiu każdej firmy zdarza się, że powstaje potrzeba wykonania pewnego projektu na potrzeby wewnętrzne. Jako przykład weźmy rzeczywistą sytuację - projekt "migracja novella do activedirectory". Nowopowstały team wyznaczony do tego zadania zostaje skompletowany w większości z aktualnie pracujących ludzi ("ty zenuś robiłeś w activedirectory więc będziesz tu teraz architektem nowego rozwiązania"). W większości przypadków ludzie idący do nowego teamu robią to z własnej woli - by wyrwać się z obecnego zespołu, by zmienić coś na lepsze, by uzyskać "awans" itp. No i mamy taki wesoły team, który robi _pożyteczny_ projekt i wszystko jest cacy. Koniec projektu, sukces, "celebration", life is good. Ale co dalej? Team wykonał projekt... rozwiązać team? Hm dla niektórych oznaczałoby to degradację, dla innych powrót do roboty z której właśnie chcieli się wyrwać. Tym bardziej, że prawdopodobnie na ich miejscu już ktoś jest. Podczas tajnego spotkania teamu pada więc propozycja: "wymyślmy nowy projekt i przekonajmy bossów, że to będzie korzystne dla firmy". Team wymyśla więc na szybko _cokolwiek_ - pada na "projekt zmniejszenia potrzebnej przestrzeni dyskowej". Mniej więcej - poprzez gimnastyczne kopiowanie, kompresowanie, przerzucanie itd - uzyskamy 10% oszczędność miejsca na serwerach. Nic to, że takie rozwiązanie jest dostępne out-of-box w już działającym systemie. Jeśli ktoś o to zapyta, powiemy że nasze rozwiązanie jest lepiej dopasowane do potrzeb naszej firmy. Nadchodzi dzień rozmowy z Bossami. Bossowie nawet jeśli kiedyś byli techniczni, teraz są już całkowicie nie na czasie. Potrzegają świat z perspektywy excela. Team entuzjastycznie prezentuje swój pomysł Bossom. 10% mniejsze zapotrzebowanie, to mniejsze koszty... czyż nie? Otumanieni Bossowie zgadzają się. Team projektuje i wdraża nikomu niepotrzebne rozwiązanie o znikomej użyteczności, pomiając koszty projektu (ale to mówi się Bossom, że jeśli nasze rozwiązanie się sprawdzi, będziemy mogli je wdrażać w innych lokacjach). Tym sposobem team ma co robić, aż do końca projektu. Wtedy musi powstać kolejny pomysł, GOTO 10. Jaka jest puenta tej opowiastki? Oto: teamy powołane do jednego zadania stają się nieśmiertelne (IDDQD) poprzez wymyślanie dla siebie nowych projektów o znikomej użyteczności. Każdy kolejny projekt charakteryzuje się niższą użytecznością a większą absurdalnością. Nie, nie jestem w takim teamie ale na codzień muszę zmagać się z efektami pracy wymienionych powyżej, bo im bardziej absurdalny projekt, tym bardziej utrudnia życie end-userom.
Autor:
resource
o
22:20
0
komentarze
sobota, 31 stycznia 2009
pbcs.dll CMS
pbcs.dll
Od czasu do czasu trafiam na serwisy które stoją na dziwnym produkcie, który oprócz braku mod_rewrite oferuje bibliotekę dll w adresie. Na przykład: http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090126/REG00/838947622
Czy można mieć gorszy adres? Zanalizujmy:
1. pbcs.dll - po co to w adresie? Czy twórcy tego CMS-a nie potrafili sobie poradzić z usunięciem tego elementu?
2. identyfikator artykułu - oczwiście łatwy dla każdego internauty do wpisania lub skojarzenia z danym tytułem 9-cyfrowy numer!
3. data (dodania?) - a po co to w adresie? Żeby to jeszcze działało tak jak w Ruby on Rails - czyli obcinamy adres do daty (tutaj byłoby to: http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090126) i dostajemy wszystkie artykuły z danego dnia. Ba! W RoR można nawet uciąć do danego miesiąca/roku! Ale oczywiście w omawianym badziewiu obcięcie do daty skutkuje błędem :D
4. REG00 - podejrzewam że to identyfikator podkategorii, oczywiiście całkowicie zbędny element i bardzo bez sensu umiejscowiony, bo w środku.
Jak dla mnie producent tego CMS-a mógłby sobie go wyposażyć w zapisywanie adresu binarnie, ale ciekawi mnie w jaki sposób została podjęta decyzja o kupnie takiej kupy dla potrzeb serwisu informacyjnego? Może fachowiec w osobie gimnazjalisty-syna kolegi prezesa? Może ten CMS jest super dobry, no nie wiem - ale sądząc po konstrukcji adresu spodziewam się mega bałaganu w środku. Mam nieodparte wrażenie, że ten CMS spotykam w samych zadupiastych serwisach o niczym, więc może przynajmniej jest tani.
A myślałem że .NETowe aplikacje to szczyt badziewia, 90% z nieśmiertelnym Default.aspx w adresie.
Autor:
resource
o
20:10
5
komentarze
Etykiety: internet
piątek, 9 stycznia 2009
notesake.com - RIP?
Historia lubi się powtarzać. Nie działa (od świąt conajmniej) kolejny serwis z notatkami online, z którego zdecydowałem się korzystać. FCUK! Jak tak dalej pójdzie, ten blog padnie także. Wyjaśniam dlaczego: notki do niniejszego bloga piszę w godzinach pracy (o pracy najlepiej pisze się w pracy;) ). Dla oburzonych (chociaż nie wierzę by tutaj tacy byli) wyjaśnienie: tak, mogę w pracy legalnie marnować czas na internet. Chyba pisałem kiedyś już o tym, ale tryb rozliczania zadań rozlicza wykonaną pracę, a nie czas jej poświęcony. Prawie codziennie mój boss przychodzi do mnie, podczas gdy ja zajmuję się czytaniem chociażby newsów i wszystko jest OK. Ale kontynuujmy. Notki powstają w pracy, zapisywane w online'owym notatniku (jestem zbyt leniwy by wrzucać to na pendrive). Na pytanie "a czemu nie od razu na blogu?" odpowiadam: ponieważ domena blogspot.com (jak i 90% serwisów blogowych) jest z firmowej sieci zablokowana i wejść się nie da. W chacie, gdy notka jest kompletna i mam czas - to wrzucam tutaj. Nieregularnie (to nie blog "wstałem rano, wiatr wiał a śnieg padał"), czasu najczęściej nie mam - więc często czeka w notatkach kilka lub więcej nawet wpisów. I po raz drugi taki zestawik szlag trafił! Notesake narazie nie komunikuje niczego podobnego do dappad.com ("service terminated"), ale długość downtime'u zaczyna być niepokojąca.
Jakby ktoś chciał zbankrutować jakiś serwis z notatkami online - to niech wyśle mi adres. Założę konto, dodam parę notatek i powinno pójść jak z płatka ;)
Autor:
resource
o
20:32
2
komentarze
Etykiety: internet
czwartek, 16 października 2008
dappad.com - RIP
Mój ulubiony online-owy notatnik zginął w wypadku. Tak podejrzewam, ponieważ po prostu pewnego dnia nie zadziałał (się zaterminował). Ja rozumiem, że business jest business, ale może warto byłoby powiadomić o tym użytkowników? Nie wykluczam, że jakies info poszło na maila, ale kto podaje przy logowaniu niespamowy adres? W każdym razie, w cyberprzestrzeni znalazło się trochę moich danych, na szczęście niezbyt ważnych. Pamiętajcie - jak odchodzić - to z klasą!
Autor:
resource
o
20:41
1 komentarze
Etykiety: fun to do business
poniedziałek, 9 czerwca 2008
Kreatywność stanowiska
Oczywiście każdy kandydat do pracy jest MEGA kreatywny, MEGA dynamiczny oraz chcący się rozwijać ;) Jak to jest później okazuje się w tzw. praniu. Jednak, nie wszystkie stanowiska wymagają tego typu cech. Przykład - stanowisko supportowe. Ja akurat nie wyobrażam sobie rutynowej i niekreatywnej pracy, ale pracują ze mną supportowcy - dzięki temu wiem czego na pewno w życiu robić nie chcę. Support aplikacji jest to zajęcie typu odebrać telefon, wpisać do naszego wewnętrznego systemiku problem w formie taska, następnie problem rozwiązać. 90% problemów powtarza się cały czas. Zła kwota na raporcie, zły wydruk, zła nazwa kontrahenta. Prawie wszystkie błędy mają swoje źródło pomiędzy krzesłem a klawiaturą użytkownika aplikacji. No i tak supportowiec loguje się do aplikacji, ręcznie w bazie danych poprawia i jest okejowo. Brzmi nieźle? Jak cały dzień siedzę i słyszę: "Marcin weź obsłuż tego taska dla Hiszpanii", "Jacek wpisz do dżej-bi-esa nową kwotę", "Jarek raport się na szwajcarii w kej-ejcz-si nie drukuje" oraz różne tłumaczenia przez telefon żeby goster włożył papier do drukarki to zacznie się drukować - to cieszę się że nie muszę takich rzeczy w pracy robić.
Autor:
resource
o
00:52
0
komentarze
Etykiety: challenging, recognise performances
sobota, 7 czerwca 2008
Nie mogę istnieć bez narzekania (3)
Oto ciąg dalszy:
- wysyłają na szkolenia, fakt trzeba czasem się postarać żeby to załatwić - ale ogólnie nie ma problemu, jeśli szkolenie nie kosztuje majątku.
- luźne piątkowe popołudnia - tradycja każe, że w każdy piątek ok 14-15 wszyscy idą do stołów i tam siedzi się godzinę i gada o nie-pracy. Wcześniej następuje zrzuta na ciastka, chipsy i colę. Menażeria nic do tego nie ma, nawet sami przychodzą posiedzieć. Nie trzeba chyba mówić, że gdy rozpocznie się taki spęd to potem do końca dnia już nikt nie pracuje :)
- o rzeczach typu darmowa kawa (zawsze czekająca w ekspresie, zaparzona przez obsługę biurowca), herbata, napoje + wyposażona kuchnia - chyba nie ma co wspominać.
- popieranie kobiet w ciąży - nie ma problemu iść na macierzyński (czy tacierzyński, w przypadku faceta) - i jak gdyby nigdy nic powrócić po n miesiącach do pracy na swoim stanowisku.
- dużo miejsca w biurze - mam biurko na którym 2 osoby mogłyby się przespać... mam bardzo dużo miejsca, co niestety sprzyja powstawaniu nieładu na biurku ;) ale panuję nad tym. Do tego wygodny fotel oraz szafki na klucz. W budynku klimatyzacja (ale to chyba standard)
- parking strzeżony przez firmę ochroniarską, w tym część na rowery.
- dbałość o środowisko - niektórych może denerwować segregacja śmieci, ale ja popieram. Co kilka biurek jest komplet trzech koszy na śmieci - papier, plastik oraz organiczne. Pojemniki na puszki metalowe oraz na szkło - jeden na piętro.
- rekrutacje wewnętrzne. Tak - aby zmienić dział / technologię w której się pracuje trzeba się zwolnić i zatrudnić ponownie :) Ale jest to możliwe, wszystkie ogłoszenia o pracę umieszczane w mediach najpierw pojawiają się w intranecie. Ja sam bym już prawie wykonał numer z wypowiedzeniem i zatrudnieniem ponownie (/cycle), ale jednak zrezygnowałem (przy podpisywaniu nowej umowy, he he he). Mój szef do dziś o tym nie wie, jako że obowiązuje tajemnica rekrutacji wewnętrznej.
- urlopy - jeśli chce się urlop, nawet z dnia na dzień - nie ma problemu. O ile nie wypada to w terminie jakiegoś deadline, co zdarza się baaardzo rzadko.
- swoboda wyrażania opinii o wszelkich sprawach dotyczących firmy. Przy pomocy specjalnego systemiku ;) można wysłać żale/kwestie, na które zarząd ma obowiązek odpowiedzieć (odpowiadają hurtem raz na 3 miesiące)
To wszystko dla mojego stanowiska, meneżment dostaje jeszcze samochody i pewnie inne bajery o których ja nie wiem :)
Autor:
resource
o
12:34
1 komentarze
czwartek, 5 czerwca 2008
Nie mogę istnieć bez narzekania (2)
Jak dobrze być znowu podłączonym do respiratora! (internetu) :) Dłuższy urlop pokazał, że jednak istnieje jakieś życie poza internetem. No to jadę dalej z zajebistościami mojej firmy:
- brak terroru internetowego. Tak, sporo stron www jest zablokowanych, ale można surfować po sieci bez krycia się. Często jest tak, że czytam jakieś newsy, przychodzi mój szef i widzi że nie pracuję tylko czytam sobie coś tam. Nikt nie ma o to pretensji, jako że liczy się wykonana praca.
- wynagrodzenie zawsze w terminie. Nigdy nie zdarzyło się by było później niż wyznaczony dzień miesiąca.
- obligatoryjne podwyżki raz w roku. Podwyżki są dla wszystkich, fakt że uznaniowo ale można potrenować negocjacje... W każdym razie obowiązkowo każdy dostaje wyrównanie inflacyjne, ale ja zawsze wynegocjowałem dwucyfrowy procent podwyżki. Aha, obligatoryjnie - to znaczy, że nie da się nie dostać podwyżki inflacyjnej :)
- bonus roczny - w wysokości jednej miesięcznej pensji. W państwowej firmie nazywałoby się to "trzynastką", ale u mnie ma być swiatowo więc jest to "annual bonus" :)
- darmowe kursy językowe. Jak ktoś chce to może za darmo chodzić, jedyne wymogi to frekwencja >70% oraz zdanie cyklicznych egzaminów. Szkoły organizują takie egzaminy 2 razy w roku, by weryfikować postępy. Nie da się chodzić i nie uczyć się.
- wyższe diety niż ustawa przewiduje. W przypadku podróży służbowych prawo pracy gwarantuje dzienną dietę w wysokości x. Moja firma najczęściej daje x+y.
- bonusy dodatkowe: darmowa przychodnia zdrowia (jest też kilku specjalistów). Obiekty sportowe: sala do kosza, boiska do siatki, piłki nożnej, korty tenisowe - to wszystko za darmo, tylko trzeba do arkusza excelowego się wpisać, co oznacza rezerwację danego obiektu.
- wyjazdy i imprezy integracyjne - w każdym roku co najmniej raz. Nawet piwo fundują ;)
- raz na kilka miesięcy wieczór w knajpie dla teamu na koszt firmy (tylko piwo)
Autor:
resource
o
20:48
0
komentarze
Etykiety: workplace